Niektóre sekrety odsłaniają się tylko przed tymi, którzy są ich warci.
- Maggie Stiefvater
Chociaż
dni mijały, to, co usłyszałam podczas tego pamiętnego spaceru,
nie chciało dać mi spokoju. Cały czas zastanawiało mnie, o kim
pani profesor rozmawiała z tamtym nieznajomym... no i kim był ów
mężczyzna. Wszystko to dręczyło mnie niemiłosiernie, bo
odnosiłam wrażenie, że albo pani dyrektor, albo też cała szkoła
była w niebezpieczeństwie. Tak czy inaczej, musiałam coś z tym
zrobić, a jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że nie
wolno mi było tam być, przez co musiałam uważać na to, co mówię
i robię.
Do
tej pory rozmawiałam z Neville'em o wszystkim. Teraz jednak miałam
przed nim tajemnicę, bo czułam, że im więcej osób będzie o tym
wiedziało, tym gorzej, a chociaż ufałam mu, nie mogłam się z nim
podzielić moim sekretem. I odnosiłam wrażenie, że on zdaje sobie
sprawę z tego, że coś przed nim ukrywam, bo ilekroć milczałam,
przyglądał mi się z dziwną jakąś uwagą, póki szybko nie
zaczęłam jakiego niezobowiązującego tematu.
Teraz
nawet quidditch nie wydawał mi się już tak pasjonujący. Owszem,
czekałam ze zniecierpliwieniem na mecze, ale nie potrafiłam na tym
skupić całej swojej uwagi, jak do tej pory. Moja głowa była
zajęta zagadką, którą pozostawiła w nim rozmowa McGonagall z
nieznajomym... a brak kolejnych wskazówek nie pozwalał mi na jej
rozwikłanie.
Może
to powinno mnie już było zniechęcić... a jednak nie potrafiłam
się oderwać od tej myśli. Kogo tak bardzo się bali? Albo też o
kogo tak bardzo dbali, że znalezienie tej jednej osoby było tak dla
nich ważne? Przez pewien czas myślałam, że może idzie o
Sam-Wiesz-Kogo, ale potem stwierdziłam, że to chyba nie miałoby
sensu. Gdyby tak było, gdyby miało się okazać, że on znowu
zmartwychwstał, wszystkie media, nie tylko te magiczne, ale i
mugolskie, trąbiłyby o tym wszem i wobec. Nie ryzykowaliby tego, co
się już dwukrotnie wydarzyło, raz jeszcze.
Następnie
moje myśli uciekły ku kolejnej wielkiej postaci z historii magii,
którą był nie kto inny, lecz sam Dumbledore. Ale i on spoczywał w
grobie, który znajdował się na tyłach zamku. On nie był jak
Czarny Pan... nie posiadłby wiedzy na temat tego, w jaki sposób
przeżyć nawet śmierć. Pomimo tego, że z całą pewnością był
jednostką wybitną i swoją wiedzą wykroczył poza to, co świat
uznaje za magię, nie wierzyłam, by odnalazł drogę inną poza
czarną magią, by stać się nieśmiertelnym. Zresztą on chyba
nawet nie chciał być nieśmiertelnym...
–
Ostatnio nie jesteś sobą, Darcie – usłyszałam czyjś głos i
odwróciłam się. Moja dłoń, dzierżąca widelec, zastygła wpół
drogi.
Neville,
siedzący obok mnie, przyglądał mi się z niepokojem w oczach.
Szybko toteż przywołałam uśmiech na usta, starając się go
uspokoić, ale miałam wrażenie, że osiągnęłam tym efekt
zupełnie odwrotny do zamierzonego.
–
Nic mi nie jest, Neville – odpowiedziałam szybko, kręcąc głową.
– Naprawdę... zresztą... co niby miałoby mi być.
–
Nie mam pojęcia – odrzekł szybko i jak za czasów, gdy był tu
uczniem, zarumienił się mocno. Po chwili zaczął się również
jąkać, przez co poczułam się dość podle. Nie powinnam go
okłamywać... a przecież wiedziałam, że powiedzenie mu całej
prawdy nie wchodzi w rachubę. – Po... po prostu... tak czasami n-
na ciebie patrzę... jesteś dziwnie zamyślona... i blada... mało
co jesz. Tak... tak sobie pomyślałem, że może jesteś chora.
Tak...
miało to coś wspólnego z chorobą, ale bliżej było temu do
obsesji. Sama łapałam się na tym, że nie sypiałam nocą,
starając się rozwikłać zagadkę, o której nie powinnam była się
nawet dowiedzieć. Może coś w tym było... może dlatego McGonagall
tak bardzo nie chciała, żeby ktoś ją usłyszał. Może bała się,
że ktoś wplącze się w jakieś tarapaty...
A z
drugiej strony sama pamiętałam jej słowa. Obawiała się o dobro
uczniów, zatem coś musiało być na rzeczy. To nie był
przypadek... to przerażenie, które widziałam na jej twarzy, nie
było udawane.
–
Słabo sypiam, to wszystko – skłamałam, czując się przy tym
jeszcze gorzej. Neville nie zasługiwał na kłamstwa. Martwił się
o mnie... i ja naprawdę to doceniałam. Nie potrafiłam jedynie
okazać jak bardzo.
–
Powinnaś iść zobaczyć się z panią Pomfrey – zalecił zaraz,
kiwając głową. – Razem wytworzyliśmy ostatnio silny eliksir
nasenny...
Uwielbiałam,
gdy to robił. Kiedy mówił o zielarstwie z taką pasją...
wiedziałam, że je uwielbia. Ja sama nigdy nie byłam najlepsza z
tego przedmiotu – o wiele łatwiej przychodziły mi zaklęcia i
transmutacja, a profesor Flitwick zawsze chwalił mnie na zajęciach.
Oczywiście, wielu sądziło, że to dlatego, że był opiekunem
mojego domu, a ja sama, zwłaszcza później, jako prefekt, stałam
się jego pupilkiem zupełnie bezpodstawnie...
Sama
jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że wiele z tych komentarzy
dyktowanych było zazdrością. Nie byłam najmądrzejszą osobą w
szkole, lecz z całą pewnością odznaczałam się pewnym
intelektem, którego odmówić mi nie można było. Zresztą profesor
McGonagall nie przyjęłaby mnie na tę posadę, gdybym się nie
nadawała.
–
Nie martw się o mnie tak bardzo – odparłam szybko, kiedy
przerwał, by wziąć głębszy oddech. – Naprawdę, nie potrzebuję
żadnych eliksirów nasennych ani wizyt w skrzydle szpitalnym.
Uczniowie i tak już mocno chorują od tej podłej pogody... lepiej
żeby skupiła się na nich. I na warzeniu eliksiru pieprzowego.
Neville
spojrzał na mnie niepewnie, ale zaśmiał się, najwyraźniej
podzielając moje zdanie na ten temat.
– W
takim razie może ja mógłbym coś poradzić? – zapytał po
chwili, tym razem ciszej, rozglądając się przy tym trochę
nerwowo, jakby się obawiał, że ktoś będzie nas mógł
podsłuchać. Oczywiście, w tej sytuacji było to mało
prawdopodobne, bo podczas kolacji w Wielkiej Sali panował taki
harmider, że z ledwością dało się usłyszeć własne myśli. –
No wiesz... nie jestem uzdrowicielem, ale na ziołolecznictwie się
znam...
Poczułam
jakąś dziwną sensację w żołądku i odłożyłam widelec na
talerz, stwierdzając, że chyba nie jestem już głodna.
–
Ja... bardzo to doceniam, Neville, ale... – zaczęłam niepewnie,
po czym westchnęłam. Nie chciałam, żeby poczuł się urażony, a
jednocześnie nie byłam pewna, w jakim kierunku ta rozmowa
zmierza... a nie chciałam, żeby stała się ona zbytnio krępująca
dla któregokolwiek z nas. Ja sama już rumieniłam się tak bardzo,
że miałam wrażenie, że skóra mi płonie.
Neville
chyba zrozumiał, bo spuścił wzrok i wpatrzył się w swój talerz,
grzebiąc widelcem w jego zawartości z taką miną, jakby było to
coś, co nigdy nie powinno było znaleźć się na szkolnym półmisku.
Poczułam
się jeszcze gorzej, bo zorientowałam się, że moje słowa go
dotknęły – i to dość mocno, oceniając po jego reakcji. Nim
jednak zdążyłam zareagować, inny głos, tym razem kobiecy, dotarł
do mych uszu.
–
Panno Shirley.
Z
całą pewnością była to pani dyrektor. Zszokowana, wstałam
szybko, a moja twarz straciła nie tylko rumieniec, który wcześniej
ją oblewał, ale i w ogóle jakikolwiek kolor. Wystraszyłam się,
że mogła się domyślić, że podsłuchałam jej rozmowę...
chociaż niby w jaki sposób? Mimo wszystko, moje serce waliło jak
szalone, kiedy odwracałam się w jej stronę z przerażeniem
wymalowanym na twarzy, co najwyraźniej zdumiało moją rozmówczynię.
–
Czy wszystko w porządku, panno Shirley? – zapytała, unosząc
cienkie brwi wysoko i spoglądając na mnie ponad oprawkami swych
okularów.
Szybko
pokiwałam głową.
– W
jak najlepszym, pani dyrektor – odpowiedziałam, znowu siląc się
na uśmiech. Jako że jej usta nie były zaciśnięte, z wolna
zaczęłam się uspokajać.
–
Doskonale, bo będę potrzebowała pani pomocy – odrzekła,
poprawiając okulary na nosie, a ja odruchowo założyłam kosmyk
włosów za ucho. Wciąż trudno było mi się przyzwyczaić, że
teraz nie byłam już dla niej uczennicą – byłam nauczycielką,
jak pozostali, którzy siedzieli przy tym stole. Ale był to dopiero
miesiąc, no, może półtora... wciąż potrzebowałam czasu, żeby
przyzwyczaić się do pewnych rzeczy.
–
Oczywiście, pani dyrektor – odparłam znowu, kiwając głową.
Serce podskoczyło mi jednak do gardła, gdzie tłukło się
nieprzytomnie, niemalże odbierając mi dech. – Jak mogłabym pani
pomóc?
Delikatny,
niemalże niezauważalny uśmiech pojawił się na jej ustach, kiedy
skinęła na mnie dłonią. Odwróciłam się do Neville'a,
pożegnałam go i podążyłam za nią.
–
Sprawa jest... cóż... dość skomplikowana.
McGonagall
zaczęła mówić, gdy tylko wyszłyśmy na opustoszałe korytarze.
Tu mogła wyrazić swoją niepewność, chociaż i w moim
towarzystwie robiła to dość niepewnie. Poczułam się dziwnie,
kiedy spostrzegłam, że dłoń, którą przygładzała sobie włosy,
drżała lekko. Otwarłam usta, chcąc zadać to samo pytanie, co ona
wcześniej, ale jakoś zabrakło mi odwagi. Zresztą ona sama wkrótce
z podjęła temat.
–
Nie podejrzewałam, że coś podobnego w ogóle będzie miało
miejsce... i bardzo proszę o zachowanie dyskrecji w tej sprawie. Nie
chcę, by zajmował się tym ktokolwiek inny... bo zdaję sobie
sprawę z tego, że wielu może nie pochwalać mojej decyzji.
Im
dłużej mówiła, tym bardziej to wszystko zdawało się
skomplikowane. Zmarszczyłam lekko czoło, ale nie przerywałam jej.
–
Sprawa jest... delikatna. I dość nietypowa... będzie się wiązała
ze zwolnieniem jednego z naszych nauczycieli – i to w trybie
natychmiastowym, ale to już pozostaje między nami. Pani zadaniem,
panno Shirley, będzie... przeprowadzenie pewnej rozmowy, która
jest... cóż, łagodnie mówiąc, dość nieprzyjemna.
Kącik
moich ust drgnął. Nie byłam pewna, czy czuć się zaszczycona, że
otrzymałam zadanie od pani dyrektor, czy też wręcz przeciwnie.
Wówczas zauważyłam, że nie prowadziła mnie ona ku swemu
gabinetowi, lecz w przeciwnym kierunku. Nie lubiłam tych obszarów
zamku – były ciemne i zimne, a wspomnienia z czasów szkolnych nie
dawały mi spokoju.
–
Zdaje się, że wciąż jeszcze nie rozumiem – odpowiedziałam
niepewnie, przenosząc wzrok z powrotem na nią.
McGonagall
westchnęła, masując sobie skronie palcami. Wyglądała na starszą
niż dotychczas i poczułam się z tym bardzo nieswojo.
– I
wcale się pani nie dziwię, panno Shirley, bo i ja czuję się co
najmniej niepewnie w tej sytuacji, pomimo tego wszystkiego, co w
życiu przeszłam, a pochlebiam sobie, że przeszłam całkiem sporo
– mruknęła, kiedy otwarła wreszcie oczy i popatrzała na mnie z
powagą. – Miałam nadzieję, że wraz z momentem śmierci Toma
Riddle'a skończą się wszelkie zagadki... ale narobił więcej
złego, niźli przypuszczałam... chociaż w tym wszystkim stało się
coś, co aż tak złe nie jest... bo wiąże się nie ze śmiercią,
a z życiem.
Uniosłam
brwi i już otwierałam usta, by zadać kolejne pytanie, kiedy ona
pokręciła głową, uciszając mnie.
–
Masz się tylko dowiedzieć, jak to się stało – wyjaśniła
cicho, tonem, którego do tej pory nie znałam. Tak nieoficjalnej
pani profesor jeszcze nigdy nie spotkałam, chociaż rozmawiałam z
nią w przeróżnych sytuacjach. – To wszystko.
Odchrząknęła,
poprawiła okulary i zapukała do drzwi, przed którymi stanęłyśmy.
Serce waliło mi w piersi jak młotem. Wciąż nie byłam przekonana,
co takiego mam zrobić, chociaż zadanie było już określone
bardziej niźli dokładne. Cichy głos odpowiedział nam z głębi
gabinetu i pani dyrektor pchnęła drzwi, wprowadzając mnie do
środka. Odetchnęłam głęboko lekko stęchłym powietrzem,
charakterystycznym dla lochów.
–
Ach, a więc to jest nasza gwiazda – usłyszałam tak dobrze mi
znany, drwiący głos. – Już mieliśmy okazję się poznać...
ale... ach... dobre wychowanie tego wymaga.
Nie
chciałam unosić wzroku, wiedząc, co ujrzę, lecz jako że jego
właściciel podszedł do mnie i wyciągnął dłoń w moim kierunku,
nie miałam wyjścia. Blada twarz, ciemne włosy, długi, haczykowaty
nos... Wszystko tak, jak zapamiętałam. Prócz jednej rzeczy: teraz
owa twarz naznaczona była licznymi bliznami.
Bez
słowa uścisnęłam zimną dłoń.
–
Profesor Severus Snape, do usług.