wtorek, 9 maja 2017

Zioła, eliksiry i sekrety

Niektóre sekrety odsłaniają się tylko przed tymi, którzy są ich warci.

- Maggie Stiefvater

Chociaż dni mijały, to, co usłyszałam podczas tego pamiętnego spaceru, nie chciało dać mi spokoju. Cały czas zastanawiało mnie, o kim pani profesor rozmawiała z tamtym nieznajomym... no i kim był ów mężczyzna. Wszystko to dręczyło mnie niemiłosiernie, bo odnosiłam wrażenie, że albo pani dyrektor, albo też cała szkoła była w niebezpieczeństwie. Tak czy inaczej, musiałam coś z tym zrobić, a jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że nie wolno mi było tam być, przez co musiałam uważać na to, co mówię i robię.
Do tej pory rozmawiałam z Neville'em o wszystkim. Teraz jednak miałam przed nim tajemnicę, bo czułam, że im więcej osób będzie o tym wiedziało, tym gorzej, a chociaż ufałam mu, nie mogłam się z nim podzielić moim sekretem. I odnosiłam wrażenie, że on zdaje sobie sprawę z tego, że coś przed nim ukrywam, bo ilekroć milczałam, przyglądał mi się z dziwną jakąś uwagą, póki szybko nie zaczęłam jakiego niezobowiązującego tematu.
Teraz nawet quidditch nie wydawał mi się już tak pasjonujący. Owszem, czekałam ze zniecierpliwieniem na mecze, ale nie potrafiłam na tym skupić całej swojej uwagi, jak do tej pory. Moja głowa była zajęta zagadką, którą pozostawiła w nim rozmowa McGonagall z nieznajomym... a brak kolejnych wskazówek nie pozwalał mi na jej rozwikłanie.
Może to powinno mnie już było zniechęcić... a jednak nie potrafiłam się oderwać od tej myśli. Kogo tak bardzo się bali? Albo też o kogo tak bardzo dbali, że znalezienie tej jednej osoby było tak dla nich ważne? Przez pewien czas myślałam, że może idzie o Sam-Wiesz-Kogo, ale potem stwierdziłam, że to chyba nie miałoby sensu. Gdyby tak było, gdyby miało się okazać, że on znowu zmartwychwstał, wszystkie media, nie tylko te magiczne, ale i mugolskie, trąbiłyby o tym wszem i wobec. Nie ryzykowaliby tego, co się już dwukrotnie wydarzyło, raz jeszcze.
Następnie moje myśli uciekły ku kolejnej wielkiej postaci z historii magii, którą był nie kto inny, lecz sam Dumbledore. Ale i on spoczywał w grobie, który znajdował się na tyłach zamku. On nie był jak Czarny Pan... nie posiadłby wiedzy na temat tego, w jaki sposób przeżyć nawet śmierć. Pomimo tego, że z całą pewnością był jednostką wybitną i swoją wiedzą wykroczył poza to, co świat uznaje za magię, nie wierzyłam, by odnalazł drogę inną poza czarną magią, by stać się nieśmiertelnym. Zresztą on chyba nawet nie chciał być nieśmiertelnym...
– Ostatnio nie jesteś sobą, Darcie – usłyszałam czyjś głos i odwróciłam się. Moja dłoń, dzierżąca widelec, zastygła wpół drogi.
Neville, siedzący obok mnie, przyglądał mi się z niepokojem w oczach. Szybko toteż przywołałam uśmiech na usta, starając się go uspokoić, ale miałam wrażenie, że osiągnęłam tym efekt zupełnie odwrotny do zamierzonego.
– Nic mi nie jest, Neville – odpowiedziałam szybko, kręcąc głową. – Naprawdę... zresztą... co niby miałoby mi być.
– Nie mam pojęcia – odrzekł szybko i jak za czasów, gdy był tu uczniem, zarumienił się mocno. Po chwili zaczął się również jąkać, przez co poczułam się dość podle. Nie powinnam go okłamywać... a przecież wiedziałam, że powiedzenie mu całej prawdy nie wchodzi w rachubę. – Po... po prostu... tak czasami n- na ciebie patrzę... jesteś dziwnie zamyślona... i blada... mało co jesz. Tak... tak sobie pomyślałem, że może jesteś chora.
Tak... miało to coś wspólnego z chorobą, ale bliżej było temu do obsesji. Sama łapałam się na tym, że nie sypiałam nocą, starając się rozwikłać zagadkę, o której nie powinnam była się nawet dowiedzieć. Może coś w tym było... może dlatego McGonagall tak bardzo nie chciała, żeby ktoś ją usłyszał. Może bała się, że ktoś wplącze się w jakieś tarapaty...
A z drugiej strony sama pamiętałam jej słowa. Obawiała się o dobro uczniów, zatem coś musiało być na rzeczy. To nie był przypadek... to przerażenie, które widziałam na jej twarzy, nie było udawane.
– Słabo sypiam, to wszystko – skłamałam, czując się przy tym jeszcze gorzej. Neville nie zasługiwał na kłamstwa. Martwił się o mnie... i ja naprawdę to doceniałam. Nie potrafiłam jedynie okazać jak bardzo.
– Powinnaś iść zobaczyć się z panią Pomfrey – zalecił zaraz, kiwając głową. – Razem wytworzyliśmy ostatnio silny eliksir nasenny...
Uwielbiałam, gdy to robił. Kiedy mówił o zielarstwie z taką pasją... wiedziałam, że je uwielbia. Ja sama nigdy nie byłam najlepsza z tego przedmiotu – o wiele łatwiej przychodziły mi zaklęcia i transmutacja, a profesor Flitwick zawsze chwalił mnie na zajęciach. Oczywiście, wielu sądziło, że to dlatego, że był opiekunem mojego domu, a ja sama, zwłaszcza później, jako prefekt, stałam się jego pupilkiem zupełnie bezpodstawnie...
Sama jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że wiele z tych komentarzy dyktowanych było zazdrością. Nie byłam najmądrzejszą osobą w szkole, lecz z całą pewnością odznaczałam się pewnym intelektem, którego odmówić mi nie można było. Zresztą profesor McGonagall nie przyjęłaby mnie na tę posadę, gdybym się nie nadawała.
– Nie martw się o mnie tak bardzo – odparłam szybko, kiedy przerwał, by wziąć głębszy oddech. – Naprawdę, nie potrzebuję żadnych eliksirów nasennych ani wizyt w skrzydle szpitalnym. Uczniowie i tak już mocno chorują od tej podłej pogody... lepiej żeby skupiła się na nich. I na warzeniu eliksiru pieprzowego.
Neville spojrzał na mnie niepewnie, ale zaśmiał się, najwyraźniej podzielając moje zdanie na ten temat.
– W takim razie może ja mógłbym coś poradzić? – zapytał po chwili, tym razem ciszej, rozglądając się przy tym trochę nerwowo, jakby się obawiał, że ktoś będzie nas mógł podsłuchać. Oczywiście, w tej sytuacji było to mało prawdopodobne, bo podczas kolacji w Wielkiej Sali panował taki harmider, że z ledwością dało się usłyszeć własne myśli. – No wiesz... nie jestem uzdrowicielem, ale na ziołolecznictwie się znam...
Poczułam jakąś dziwną sensację w żołądku i odłożyłam widelec na talerz, stwierdzając, że chyba nie jestem już głodna.
– Ja... bardzo to doceniam, Neville, ale... – zaczęłam niepewnie, po czym westchnęłam. Nie chciałam, żeby poczuł się urażony, a jednocześnie nie byłam pewna, w jakim kierunku ta rozmowa zmierza... a nie chciałam, żeby stała się ona zbytnio krępująca dla któregokolwiek z nas. Ja sama już rumieniłam się tak bardzo, że miałam wrażenie, że skóra mi płonie.
Neville chyba zrozumiał, bo spuścił wzrok i wpatrzył się w swój talerz, grzebiąc widelcem w jego zawartości z taką miną, jakby było to coś, co nigdy nie powinno było znaleźć się na szkolnym półmisku.
Poczułam się jeszcze gorzej, bo zorientowałam się, że moje słowa go dotknęły – i to dość mocno, oceniając po jego reakcji. Nim jednak zdążyłam zareagować, inny głos, tym razem kobiecy, dotarł do mych uszu.
– Panno Shirley.
Z całą pewnością była to pani dyrektor. Zszokowana, wstałam szybko, a moja twarz straciła nie tylko rumieniec, który wcześniej ją oblewał, ale i w ogóle jakikolwiek kolor. Wystraszyłam się, że mogła się domyślić, że podsłuchałam jej rozmowę... chociaż niby w jaki sposób? Mimo wszystko, moje serce waliło jak szalone, kiedy odwracałam się w jej stronę z przerażeniem wymalowanym na twarzy, co najwyraźniej zdumiało moją rozmówczynię.
– Czy wszystko w porządku, panno Shirley? – zapytała, unosząc cienkie brwi wysoko i spoglądając na mnie ponad oprawkami swych okularów.
Szybko pokiwałam głową.
– W jak najlepszym, pani dyrektor – odpowiedziałam, znowu siląc się na uśmiech. Jako że jej usta nie były zaciśnięte, z wolna zaczęłam się uspokajać.
– Doskonale, bo będę potrzebowała pani pomocy – odrzekła, poprawiając okulary na nosie, a ja odruchowo założyłam kosmyk włosów za ucho. Wciąż trudno było mi się przyzwyczaić, że teraz nie byłam już dla niej uczennicą – byłam nauczycielką, jak pozostali, którzy siedzieli przy tym stole. Ale był to dopiero miesiąc, no, może półtora... wciąż potrzebowałam czasu, żeby przyzwyczaić się do pewnych rzeczy.
– Oczywiście, pani dyrektor – odparłam znowu, kiwając głową. Serce podskoczyło mi jednak do gardła, gdzie tłukło się nieprzytomnie, niemalże odbierając mi dech. – Jak mogłabym pani pomóc?
Delikatny, niemalże niezauważalny uśmiech pojawił się na jej ustach, kiedy skinęła na mnie dłonią. Odwróciłam się do Neville'a, pożegnałam go i podążyłam za nią.
– Sprawa jest... cóż... dość skomplikowana.
McGonagall zaczęła mówić, gdy tylko wyszłyśmy na opustoszałe korytarze. Tu mogła wyrazić swoją niepewność, chociaż i w moim towarzystwie robiła to dość niepewnie. Poczułam się dziwnie, kiedy spostrzegłam, że dłoń, którą przygładzała sobie włosy, drżała lekko. Otwarłam usta, chcąc zadać to samo pytanie, co ona wcześniej, ale jakoś zabrakło mi odwagi. Zresztą ona sama wkrótce z podjęła temat.
– Nie podejrzewałam, że coś podobnego w ogóle będzie miało miejsce... i bardzo proszę o zachowanie dyskrecji w tej sprawie. Nie chcę, by zajmował się tym ktokolwiek inny... bo zdaję sobie sprawę z tego, że wielu może nie pochwalać mojej decyzji.
Im dłużej mówiła, tym bardziej to wszystko zdawało się skomplikowane. Zmarszczyłam lekko czoło, ale nie przerywałam jej.
– Sprawa jest... delikatna. I dość nietypowa... będzie się wiązała ze zwolnieniem jednego z naszych nauczycieli – i to w trybie natychmiastowym, ale to już pozostaje między nami. Pani zadaniem, panno Shirley, będzie... przeprowadzenie pewnej rozmowy, która jest... cóż, łagodnie mówiąc, dość nieprzyjemna.
Kącik moich ust drgnął. Nie byłam pewna, czy czuć się zaszczycona, że otrzymałam zadanie od pani dyrektor, czy też wręcz przeciwnie. Wówczas zauważyłam, że nie prowadziła mnie ona ku swemu gabinetowi, lecz w przeciwnym kierunku. Nie lubiłam tych obszarów zamku – były ciemne i zimne, a wspomnienia z czasów szkolnych nie dawały mi spokoju.
– Zdaje się, że wciąż jeszcze nie rozumiem – odpowiedziałam niepewnie, przenosząc wzrok z powrotem na nią.
McGonagall westchnęła, masując sobie skronie palcami. Wyglądała na starszą niż dotychczas i poczułam się z tym bardzo nieswojo.
– I wcale się pani nie dziwię, panno Shirley, bo i ja czuję się co najmniej niepewnie w tej sytuacji, pomimo tego wszystkiego, co w życiu przeszłam, a pochlebiam sobie, że przeszłam całkiem sporo – mruknęła, kiedy otwarła wreszcie oczy i popatrzała na mnie z powagą. – Miałam nadzieję, że wraz z momentem śmierci Toma Riddle'a skończą się wszelkie zagadki... ale narobił więcej złego, niźli przypuszczałam... chociaż w tym wszystkim stało się coś, co aż tak złe nie jest... bo wiąże się nie ze śmiercią, a z życiem.
Uniosłam brwi i już otwierałam usta, by zadać kolejne pytanie, kiedy ona pokręciła głową, uciszając mnie.
– Masz się tylko dowiedzieć, jak to się stało – wyjaśniła cicho, tonem, którego do tej pory nie znałam. Tak nieoficjalnej pani profesor jeszcze nigdy nie spotkałam, chociaż rozmawiałam z nią w przeróżnych sytuacjach. – To wszystko.
Odchrząknęła, poprawiła okulary i zapukała do drzwi, przed którymi stanęłyśmy. Serce waliło mi w piersi jak młotem. Wciąż nie byłam przekonana, co takiego mam zrobić, chociaż zadanie było już określone bardziej niźli dokładne. Cichy głos odpowiedział nam z głębi gabinetu i pani dyrektor pchnęła drzwi, wprowadzając mnie do środka. Odetchnęłam głęboko lekko stęchłym powietrzem, charakterystycznym dla lochów.
– Ach, a więc to jest nasza gwiazda – usłyszałam tak dobrze mi znany, drwiący głos. – Już mieliśmy okazję się poznać... ale... ach... dobre wychowanie tego wymaga.
Nie chciałam unosić wzroku, wiedząc, co ujrzę, lecz jako że jego właściciel podszedł do mnie i wyciągnął dłoń w moim kierunku, nie miałam wyjścia. Blada twarz, ciemne włosy, długi, haczykowaty nos... Wszystko tak, jak zapamiętałam. Prócz jednej rzeczy: teraz owa twarz naznaczona była licznymi bliznami.
Bez słowa uścisnęłam zimną dłoń.
Profesor Severus Snape, do usług.


czwartek, 4 maja 2017

Tajemnica McGonagall

Dla ocalenia drogich sercu osób przed złem potrafiłabym dochować największej tajemnicy.

- Becca Fitzpatrick

Coraz częściej widywano nas razem – mnie i profesora Longbottoma. Albo po prostu Neville'a. Byliśmy najmłodszymi członkami kadry, a poza tym, jak się wkrótce okazało, mieliśmy wspólnych znajomych, wobec czego dogadywaliśmy się wspaniale. Nic więc dziwnego, że wkrótce to dziwne przygnębienie, które już zaczęło mnie ogarniać, minęło. Znowu poczułam się jak w domu i kiedy wysyłałam list do mojej rodziny, mogłam im napisać z całą szczerością, że jestem naprawdę szczęśliwa z tego powrotu.
Muszę przyznać, że brakowało mi tego. Tych łóżek z czterema kolumienkami, posiłków w Wielkiej Sali, gwaru rozmów na korytarzach, skrzypiących, starych zbroi. Nawet w tym swoim przygnębieniu, będąc szczerą ze samą sobą, spostrzegłam, że nie chciałabym za nic powrócić do świata mugoli. Tak, wiem, że to w nim się wychowałam. Powinnam tam się czuć na miejscu... a jednak tak nie było. Ale chyba żaden czarodziej, który już raz trzymał różdżkę w swej ręce, nie mógłby się czuć dobrze jako mugol.
Nie osiągałam niczego specjalnego jako nauczyciel. A jednak dotarłam do tego momentu, gdzie żaden z uczniów nie wyśmiewał się z mojego imienia. Coraz rzadziej też słyszałam nieprzyjemne komentarze na mój temat, kiedy przechadzałam się po korytarzach. Nie obeszło się to jednak bez ofiar: już w drugim tygodniu roku szkolnego trzech Ślizgonów, jeden Gryfon i jeden Krukon odbyli u mnie szlaban. Nie bardzo chciałam to robić, zresztą nie wiedziałam za bardzo, jak ich ukarać, ale Neville poradził mi, żebym jednak zastosowała tę karę.
– Jeżeli nie nauczysz ich, że nie mogą z tobą pogrywać – mówił – nigdy się to nie skończy. Musisz pokazać, że mimo swojego wieku jesteś tu nauczycielką, nie niewiele starszą koleżanką. Masz prawo ich ukarać.
Widząc, jak się wahałam, dodał jeszcze:
– Tak, wiem, ja też nie chciałem tego robić... i myślałem, że jest inna droga. Łagodniejsza. Taka, która sprawi, że uczniowie będą mnie lubić i szanować jednocześnie. Ale nie ma. Paru Ślizgonów i Gryfonów ukarałem dla przykładu, kiedy przyłapałem ich na wsypywaniu smoczego łajna do moich rękawic... boczyli się trochę na mnie przez następne parę tygodni, ale w końcu im przeszło. A ostatnio nawet powiedzieli, że zielarstwo to ich ulubiony przedmiot. Jeżeli to samo pewnego dnia powie mi syn Malfoya, chyba wybuchnę śmiechem.
Uśmiechnęłam się do niego i kiwnęłam głową, a kiedy po raz kolejny usłyszałam przytyk na temat mojego imienia i rudych włosów, rozdałam parę szlabanów (co prawda, dość nudnych, bo delikwenci musieli przepisywać niewyraźne fragmenty wypracowań swoich kolegów – a jednak znalazło się i tu trochę śmiechu, kiedy jeden z Gryfonów spostrzegł nazwisko swego współskazanego Ślizgona w nagłówku pracy, którą akurat przepisywał) – i przez następne parę tygodni rzeczywiście miałam spokój.
Z wolna zaczęłam odzyskiwać pewność siebie. Nie wróciłam tu już jako Krukonka. Byłam nauczycielką, której zadaniem było nie tylko przelanie wiedzy o historii magii do główek uczniów, ale i wychowanie ich. A niestety, bardzo wiele rodzin czarodziejów zaniedbuje je w domu – zwłaszcza jeżeli idzie o rodziny „czystej krwi”.
Nie zrozumcie mnie źle; miałam paru przyjaciół czystej krwi – i byli oni wspaniałymi ludźmi. Teraz zaś, kiedy wróciłam do Hogwartu, spostrzegłam, że były osoby noszące stare nazwiska rodów czarodziejskich. I były to prawdziwie poukładane osoby. Mimo wszystko były też inne osoby, od których aż zionęło butą. Wzięłam sobie za punkt honoru wyplenienie podobnej praktyki. Może ze względów personalnych, ponieważ sama pochodziłam z rodziny mugolskiej... ale wydawało mi się to nie na miejscu.
Było to męczące, muszę przyznać, i po tych paru tygodniach miałam już dość. A jednak nie zamierzałam się poddawać tak łatwo.
Minął słoneczny wrzesień i zawitał październik, a wraz z nim wdarły się na błonia zamkowe porywiste wiatry. Stare okna jęczały głośno, ale mimo to wciąż wielu uczniów wychodziło na dwór podczas przerw, a także po zajęciach – szczególnie wówczas, kiedy któraś z drużyn planowała swoje treningi.
Wkrótce uprzytomniłam sobie, że już od dawna nie grałam ani nie oglądałam meczu quidditcha; zastanawiałam się nawet, która drużyna Hogwartu jest teraz najlepsza. Po opuszczeniu szkoły przez Harry'ego Pottera oraz Ginny Weasley za mojej obecności w szkole było jeszcze dwóch szukających: Bartholomew Weep, który okazał się kompletną porażką, toteż szybko wymieniono go na Apolloniosa Grimswortha, o niebo lepszego, lecz nie mogącego się równać z Chłopcem, Który Przeżył.
To właśnie wówczas nasza drużyna wysunęła się na prowadzenie. Nie mieliśmy dobrego szukającego, ale nasza trójka ścigających naprawdę była znakomita – Angelica Moore, która była jedną z nich, była naszą panią kapitan. Ja z kolei grałam na pozycji obrońcy... i chyba nie byłam najgorsza. Owszem, trafiało mi się puścić gole, ale parę z tych, które obroniłam, przeszły do historii. Przynajmniej szkolnej.
Zastanawiałam się, kto teraz prowadził w rozgrywkach, toteż z utęsknieniem wyczekiwałam najbliższego meczu, ale ten miał odbyć się dopiero w połowie listopada, więc musiałam uzbroić się w cierpliwość.
To było środowe popołudnie, kiedy i ja, nie zważając na kąsający w policzki i odsłonięte dłonie wiatr, wyszłam na błonia. Postawiłam kołnierz, jak wówczas, gdy jeszcze byłam uczennicą, i wcisnąwszy ręce w kieszenie szaty, zaczęłam spacerować po pobliskich ścieżkach, słuchając gwaru rozmów i głośnych wybuchów śmiechu studentów, którzy mnie otaczali. Neville do mnie nie dołączył, bo akurat widziałam go zajmującego się sadzeniem jakichś wyjątkowo ohydnych roślin na grządce przed jedną z cieplarni. Wyobrażając sobie jego podniecenie w momencie, kiedy będzie mi o nich opowiadać, zaśmiałam się i skręciłam w prawo.
Nawet nie spostrzegłam, kiedy wokół mnie zrobiło się niemalże pusto. Była dopiero połowa popołudniowej przerwy, więc nie musiałam się obawiać, że spóźnię się na swe własne lekcje, a mimo wszystko czułam się trochę nieswojo.
Wkrótce jednak usłyszałam czyjeś kroki i rozejrzałam się dokoła, decydując się opuścić to miejsce, jeżeli nie byłam tu mile widziana. Osoba, która mnie mijała, jednak mnie nie zauważyła. Jej kroki były szybkie i energiczne jak zawsze, a usta zaciśnięte tak mocno, że tworzyły jedynie poziome rozcięcie.
Byłam pewna, że profesor McGonagall jest czymś mocno przejęta. Zastanawiając się, cóż to takiego, wyciągnęłam dłoń w jej kierunku, lecz ona, pochłonięta własnymi myślami, minęła mnie bez słowa i skręciła w najbliższą ścieżkę. Zmarszczyłam brwi i ruszyłam za nią, gotowa pomóc, jeżeli moja pomoc miałaby okazać się niezbędna.
Widząc, że w pewnym momencie przystanęła, zatrzymałam się w takim miejscu, z którego nie sposób byłoby mnie spostrzec. Miałam niejasne wrażenie, że nie powinno mnie tu być, ale też zwykła ciekawość nie pozwalała mi odwrócić się i odejść.
Czekałyśmy tak obie przez parę minut i już myślałam, że pani profesor ruszy w drogę powrotną do zamku, kiedy jakaś zakapturzona postać podeszła do kobiety i najwyraźniej skinęła głową w geście powitania, bo wkrótce i McGonagall odwzajemniła ten gest, mówiąc coś, co zabrzmiało jak „nareszcie”.
– Zaczynałam się obawiać, że nie przyjedziesz – rzekła, marszcząc czoło bardziej jeszcze; gdyby w podobny sposób spojrzała na mnie, byłam pewna, że uciekałabym, gdzie pieprz rośnie. Może to powinno było mi uświadomić, że nie miałam prawa tam przebywać i podsłuchiwać rozmowy, ale jednocześnie nie potrafiłam się ruszyć, wiedząc, że gdybym wydała głośniejszy jakiś odgłos, na pewno zostałabym zauważona.
– Zatrzymały mnie pilne sprawy w Londynie, Minerwo – odparł chłodny głos pochodzący spod kaptura. – Poza tym... mam wrażenie, że zdajesz sobie sprawę z tego, że przebywanie tutaj nie sprawia mi przyjemności.
Coś w tonie głosu tego mężczyzny – bo z całą pewnością był to mężczyzna – sprawiało, że miałam ochotę rzucić na niego urok. A jednak powstrzymałam się. Z pewną jednak dozą satysfakcji spostrzegłam, że McGonagall się uśmiecha.
– Tak jak i mnie nie sprawia przyjemności rozmowa z tobą – odpowiedziała – a jednak zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji.
– Przejdźmy zatem do konkretów – warknął mężczyzna, poruszając się nerwowo. Miałam wrażenie, że on z kolei miał ochotę zignorować powagę sytuacji, o której wspomniała pani profesor. – Nie mam na to całego dnia.
Jeszcze nigdy nie słyszałam nikogo, kto zwracałby się do profesor McGonagall w podobny sposób. Zawsze bardzo ją szanowałam, dlatego też irytowało mnie zachowanie tej osoby wobec niej. Zorientowałam się, że trzymam w dłoni różdżkę i zaciskam na niej palce, lecz nie pozwoliłam sobie na żadne niewerbalne zaklęcie.
Nie, nie słyszałam nigdy tego chłodnego głosu męskiego, pomyślałam, kiedy starałam się rozpoznać osobę spod kaptura. Był to ktoś, kogo zapewne nigdy wcześniej nie spotkałam. Mimo wszystko był to dobry znajomy pani dyrektor, chociaż z całą pewnością nie można ich stosunków nazwać przyjaznymi.
– Jesteście całkowicie pewni, że to on? – zapytała McGonagall, a teraz w jej głosie zabrzmiało zaniepokojenie zmieszane z niepewnością; ton, który całkowicie mnie zaskoczył. Zupełnie nie pasował do tej kobiety.
– Absolutnie. Chyba nie posądzasz nas o niekompetencję, Minerwo? – Mężczyzna znowu poruszył się, ale McGonagall nie dała się sprowokować. Wciąż wpatrywała się twardo w rozmówcę, póki ten nie podjął znowu – To on, nie ma wątpliwości. Jeden z naszych ludzi chodzi za nim krok w krok. Nie możemy jednak być zbyt nieostrożni. Mam wrażenie, że już nas wyczuł... a wiesz przecież, że to nie byle jaki czarodziej.
McGonagall wsparła dłonie na biodrach i spuściła wzrok, zamyślona. Nawet stąd mogłam dostrzec, jak jej pierś faluje szybko od ciężkiego oddechu. Wyglądało na to, że ta informacja jej nie zachwyciła.
– Nie przestawajcie. Musimy być pewni, że to on. I że nam się nigdzie nie wymknie. I nikt nie może się dowiedzieć o tym, co robicie, jasne? – Uniosła wzrok i zgromiła mężczyznę przed sobą wzrokiem.
Ten jednak zaśmiał się tylko szyderczo.
– Naprawdę bierzesz nas za idiotów? – zapytał, odsuwając się na krok. – Znamy się na tym, co robimy... a gdybym chciał zginąć, znam wiele innych sposobów.
– Nie chodzi mi o twoje życie – odparła McGonagall, a mięśnie jej żuchwy drgnęły lekko. Była poirytowana. – To nie takie proste. Jeżeli go rozzłościcie, to może odbić się na Hogwarcie... a ja nie dam skrzywdzić uczniów.
– Wobec tego oddasz za nich życie – mężczyzna zaśmiał się szyderczo, nim odwrócił się i odszedł w kierunku Zakazanego Lasu szybkim krokiem, nie odwracając się, a McGonagall nie starała się go zatrzymać.
Wtedy też uświadomiłam sobie, że byłam nieproszonym obserwatorem. Jeżeli pani profesor przejdzie teraz obok mnie i mnie zauważy...
– Tu jesteś, Darcie! – usłyszałam, a moje serce podskoczyło mi do gardła.
Nie był to jednak głos McGonagall, więc powinnam czuć pewnego rodzaju ulgę. Odetchnęłam i starając się nie dać po sobie poznać, że właśnie podsłuchałam rozmowę, której nie powinnam była słyszeć, odwróciłam się.
– Neville – odpowiedziałam i zmusiłam się do sztucznego uśmiechu. – Odniosłam wrażenie, że zajmujesz się roślinami.
Mężczyzna skinął głową, a na jego policzkach pojawił się rumieniec.
– Widziałaś? Chodź, pokażę ci je z bliska. Przygotowałem je na najbliższe zajęcia dla trzecioroczniaków...
Połowa jego słów, chociaż docierała do moich uszu, nie docierała do umysłu. A jednak był to dobry moment i pretekst, by opuścić stanowisko, które zajmowałam do tej pory. Skinęłam tylko głową i ruszyłam za Neville'em, odwracając się jeszcze raz tylko, by spojrzeć przez ramię, lecz McGonagall już tam nie było.


sobota, 29 kwietnia 2017

Początek

Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.

- Antoine de Saint-Exupéry

Mówiono, że profesor Dumbledore nie zatrudniał młodych nauczycieli z obawy przed ich brakiem doświadczenia. Podejrzewam, że miał jakiś powód, by w ten sposób się zachowywać. I przyznam, że strata osoby tak wybitnej była dla świata czarodziejów (zresztą nie tylko) ogromnym ciosem. Pamiętam, że sama przepłakałam co najmniej tydzień po tych strasznych wydarzeniach...
Tak, tak, pamiętałam wszystko wspaniale. Sama byłam w trzeciej klasie, kiedy to się wydarzyło. Wiedziałam, że czekają nas niespokojne czasy, chociaż wszyscy starsi uczniowie starali się nas uspokoić. Byłam im wdzięczna za to wsparcie, bo byli dla nas niczym starsze rodzeństwo... ale traktowali nas chyba trochę po zbyt dziecinnemu. Mieliśmy po trzynaście lat – a nie trzy – i rozumieliśmy już doskonale, czym była śmierć. Przecież niejeden z nas już przeżył stratę kogoś bliskiego.
Ale nie o tym miałam przecież teraz mówić.
Mówiono, że profesor Dumbledore nie zatrudniał młodych nauczycieli – a pomimo faktu, że jego śmierć była dla nas okrutną stratą, otwarła mi ona drzwi do kariery, która za jego kadencji nie byłaby dla mnie możliwa.
Kiedy zaczynałam pracę w Hogwarcie, miałam zaledwie dwadzieścia lat. Szkołę ukończyłam przed dwoma latami i moi rodzice byli przekonani, że rozpocznę jakąś pracę w świecie mugoli. Albo też że będę kontynuować naukę wśród innych młodych mugoli. Pewnie powinnam była to zrobić – z całą pewnością byłoby to mniej niebezpieczne niźli pozostawanie w świecie czarodziejów...
Ale ja nie mogłam – czy też nie chciałam – odcinać się od świata, który przez ostatnie lata był dla mnie domem. O wiele łatwiej żyło mi się teraz wśród ludzi magicznych niż niemagicznych. Nie chciałam pracować w banku czy biurowcu. A jednak, pomimo wszystkich tych ulotek, które otrzymałam w piątej klasie, by się z nimi zapoznać, wciąż jeszcze nie wiedziałam, co chcę robić.
Przez ostatnie lata w Hogwarcie uczyłam się naprawdę sporo... ale to też dlatego, że wybrałam naprawdę wiele przedmiotów do owutemów. Nauczyciele ostrzegali mnie, że będzie to trudne... że może się to okazać niepotrzebne... no i po szkole, pomimo swoich stopni, pozostałam jak ta piętnastolatka w wieży Krukonów, zapatrzona w cudnie kolorowe, ruchome broszurki, a wciąż niewiedząca, co zrobić.
Pomysł, by zostać nauczycielką, wziął się właściwie znikąd. Już zaczęłam swoją pracę w osiedlowym sklepiku, starając się powrócić do normalności życia mugoli... trudno było mi się do tego przyzwyczaić. Nie mogłam używać magii i tyle rzeczy, które do tej pory byłyby dla mnie łatwizną, okazały się być trudne. Chociażby rozkładanie towaru na półkach. A przecież wystarczyłby jeden ruch nadgarstka...!
Wytrzymałam tam rok. Następnie była biblioteka i kwiaciarnia. Wreszcie zdecydowałam, że muszę wrócić do swoich... do czarodziejów. Nie wytrzymywałam w świecie, który niegdyś był dla mnie czymś zupełnie normalnym.
Pierwszym miejscem, o którym pomyślałam, był właśnie Hogwart. Mój dom. Bo nawet miejsce, w którym mieszkałam z rodzicami, nie był prawdziwie domem. Jedynie ta szkoła dawała mi poczucie bezpieczeństwa i miłość, której pragnęłam. I chyba wówczas zrodziło się we mnie pragnienie powrotu do tych cudnych korytarzy, do tajemnych przejść, do zbroi i ukrytych stopni-pułapek...
Nie mam pojęcia, co podkusiło mnie do tego, by chwycić za papier i napisać ten list. Nauczyciele mnie pamiętali jeszcze z czasów mojego bycia uczennicą, toteż nie musiałam się obawiać, że ktokolwiek będzie się obawiał przyjąć nieznajomą. Dołączyłam jednak swoją listę ze stopniami z owutemów, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak ktoś miał się tego bać... i myśląc, że lepiej spróbować, niż żałować, pozwoliłam sowie wziąć liścik w dzióbek i wylecieć przez otwarte okno w ciemności nocy.
Odpowiedź dostałam parę dni później, opatrzoną tym samym podpisem z zakrętasami, który niegdyś, przed laty, zapraszał mnie do szkoły w Hogwarcie. Poczułam to samo, co wówczas, podniecenie... Pamiętam, że śmiałam się wtedy jak wariatka. Ja, Darcie Shirley, dostałam tę posadę! Profesor McGonagall zapraszała mnie jeszcze na rozmowę... ale wedle tego, co napisała w liście, bardzo potrzebowali świeżej kadry...
Serce biło mi jak szalone. Niewiele myśląc, pozbierałam swoje rzeczy i pożegnawszy rodziców, wyszłam z domu, by po chwili już siedzieć w Błędnym Rycerzu, zaciskając palce na torebce.
Zastanawiałam się, kogo tam zastanę. Wiedziałam, że część z profesorów, którzy mnie uczyli, pozostała, ale część odeszła ze względu na wiek czy też zły stan zdrowia. Z tego, co wiedziałam, Neville Longbottom, który był parę lat starszy ode mnie, a który chodził do jednej klasy z Harrym Potterem, otrzymał posadę nauczyciela zielarstwa. Profesor McGonagall nadal wykładała transmutację, a wakat mistrza eliksirów po odejściu profesora Slughorna zajął inny jakiś uczeń, który ukończył szkołę, kiedy ja byłam w drugiej czy trzeciej klasie.
Odnosiłam wrażenie, że Hogwart będzie całkiem nowym miejscem. Innym, niż to, które znałam... a jednak był moim domem. Mimo wszystko. I z tym samym podnieceniem, z którym wracałam do szkoły po wakacjach, teraz jechałam na spotkanie z panią dyrektor.
Nie wiem, co czułam, kiedy dowiedziałam się, kim mam zostać. Szczęście? Na pewno. Wiedziałam, że wróciłam do domu. I to na stałe. A to przecież nie było takie pewne jeszcze dwa lata temu... z drugiej jednak strony – czy nie liczyłam na coś więcej niźli na to, że przyjdzie mi wykładać historię magii? Sama pamiętałam, że wszyscy nienawidzili godziny spędzone z Binnsem w dusznej sali...
A jednak kiedy opuszczałam gabinet dyrektora, czułam motywację, jak wtedy, kiedy przygotowywałam się do egzaminów. Coraz częściej łapałam się na tym, że układam sobie w głowie lekcje... że zastanawiam się nad tym, jak sprawić, by zajęcia, które do tej pory kojarzyły się z nudą, teraz były czymś, na co studenci ruszają z ochotą... o czym mówią na korytarzach, poza zajęciami...
Nazwijcie mnie głupią i naiwną, ale naprawdę na to liczyłam.
I nawet teraz, szykując się do pierwszych zajęć, czułam, że może jednak mi się uda.
Zabawny był fakt, że stojąc za katedrą, miałam niewiele więcej lat od nich. Doskonale pamiętałam, jak sama siedziałam na ich miejscach... ta sala wydawała się być wówczas taka niewielka, taka ciasna... teraz zaś, z tej perspektywy, z której patrzałam na nią jako nauczycielka, była ogromna. A liczba ludzi w niej zgromadzonych odbierała mi dech w piersiach.
Tak. Miałam teraz zacząć mówić do tej niezliczonej rzeszy piętnastolatków. Przerażało mnie to nie lada...
– Dzień dobry – odezwałam się wreszcie, a mój własny głos był dziwnie obcy w moich ustach. Jakiś taki... piskliwy. – Nazywam się Aubrianna Shirley i od dzisiaj będę waszą nauczycielką historii magii.
Usłyszałam parsknięcie śmiechu. Wiedziałam, że idzie o moje imię; to właśnie z tego względu częściej używałam swojego drugiego... lecz mimo wszystko nazywałam się Aubrianna. Wychodziłam zresztą z założenia, że dla uczniów pozostanę profesor Shirley.
A jednak zabolało.
– Co jest takie zabawne? – spytałam, mam nadzieję, że nie nazbyt zjadliwym tonem, rozglądając się po sali w poszukiwaniu tego wesołka. Spostrzegłam go – siedział w rogu, a na jego piersi widniało godło Slytherinu. A więc Ślizgon... nic się tu nie zmieniło, pomimo że kadra była tak różna od tej, którą pamiętałam.
Wzięłam głęboki wdech i zwęziłam oczy. Odłożyłam na wszelki wypadek różdżkę i podeszłam do chłopca i spojrzałam na niego z góry.
Ha! Chłopca! Ów chłopiec był zaledwie parę lat młodszy ode mnie, a wyglądało na to, że wyższy... Nie zamierzałam jednak dać się zbić z tropu, nawet kiedy wstał na moje polecenie – i teraz to on patrzał na mnie z góry.
– Twoje imię?
– Marcus... Marcus Stillwater – przedstawił się dość bezczelnym, aroganckim tonem, który tak często słyszałam w głosach innych Ślizgonów.
Zacisnęłam pięści, by się uspokoić. Udało mi się na tyle, że kiedy znowu się odezwałam, mój głos brzmiał tak, jak brzmieć powinien.
– A więc... panie Stillwater... cóż takiego pana tak rozśmieszyło?
Nie mam pojęcia, ile to trwało. Ale cała lekcja, pomimo faktu, iż trwała jedynie godzinę, zdawała się być wiecznością. Kiedy grupa wreszcie opuściła salę, usiadłam ciężko na krześle i skryłam twarz w dłoniach.
Miałam wrażenie, że teraz mój plan zostania nauczycielką, która potrafiła z zajęć, które pozornie wydawały się być nudne, runął w gruzach. Zostałam najnieprzyjemniejszą belferką z wszystkich... widziałam to w oczach uczniów, kiery na mnie spoglądali. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, by wymyślili dla mnie jakieś nieprzyjemne przezwisko.
Jak wówczas... pamiętam, że mieliśmy zielarstwo ze Ślizgonami. Jeden z nich wyjątkowo uwziął się na mnie, a to z powodu mojego imienia i wyglądu. Czasami śmiał się, że pewno jestem jedną z Weasleyów... bo przecież byłam ruda, miałam zielone oczy i twarz obsypaną piegami. Z tą różnicą, że nie miałam długiego nosa i z całą pewnością byłam niższa od całego rodzeństwa, które uczyło się w Hogwarcie za moich czasów.
I podczas kiedy nazywanie mnie Weasleyem nie było nieprzyjemne, bardzo niemiły był fakt, iż co chwila obdarzano mnie innym jeszcze mianem. Czy to wiewiórką, czy marchewką. Zawsze chciałam zmienić w sobie swój wygląd, ale pomimo moich usilnych starań i nauki, nigdy nie udało mi się opanować tej gałęzi transmutacji wystarczająco dobrze.
Szum wchodzących uczniów wyrwał mnie z mojego zamyślenia z powrotem do prawdziwego życia. Wierzchem dłoni otarłam łzy z oczu i z ulgą uświadomiłam sobie, że teraz czeka mnie godzina zajęć z pierwszorocznymi.
A jednak mimo wszystko cały dzień był dłuższy niż jakikolwiek inny.
Byłam fizycznie zmęczona, kiedy skierowałam się do Wielkiej Sali na obiad. Nawet nie zastanawiałam się nad tym, jak mnie przyjmie grono pedagogiczne... bo przecież poprzedniego wieczoru, podczas uczty powitalnej, nie było zbyt wiele czasu na to, by porozmawiać. Teraz jednak musiałam się przyzwyczaić do nowego życia tutaj.
Nauczyciele, którzy wraz ze mną tu pracowali, byli teraz dla mnie rodziną – jak za moich uczniowskich czasów reszta Krukonów. Tyle że tym razem zróżnicowanie naszego wieku było o wiele większe... i miałam wrażenie, że nikt mi tu nie ufa. Tylko Neville posłał do mnie niepewny uśmiech, a ja go odwzajemniłam. Był mi chyba najbliższy wiekiem i zdaje się, że za czasów szkolnych wymieniliśmy parę zdań. Ot, taka niezobowiązująca znajomość.
Kiedy ruszyłam do swojego pokoju, poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Zdziwiłam się i odwróciłam, by sprawdzić, kto to, ale był to właśnie Neville.
– Nie martw się – powiedział dość pogodnym tonem. – Oni nie są tacy źli.
Uśmiechnęłam się lekko i skinęłam głową. Ta gula w gardle, która przeszkadzała mi już od pierwszych zajęć dzisiaj, gdzieś znikła. Odetchnęłam głęboko.
– Darcie Shirley – przedstawiłam się, decydując się nie wspominać o swoim pierwszym imieniu. A już na pewno nie po tym, co stało się dzisiaj na pierwszej lekcji. Nie miałam ochoty na kolejny wybuch śmiechu.
– Wiem – odparł, a jego twarz rozpromieniła się bardziej jeszcze. – Jeszcze w szkole z tobą rozmawiałem... pamiętasz? Byłaś w pierwszej klasie... wpadłaś w ten stopień-pułapkę pomiędzy piątym a szóstym piętrem... zawsze o nim zapominam. Wyciągnąłem cię.
Zaśmiałam się szczerze. Miał rację! Teraz, kiedy mi o tym przypomniał, uświadomiłam sobie, że coś podobnego rzeczywiście miało kiedyś miejsce. I miło było wiedzieć, że wśród tych ludzi był ktoś, kto mimo wszystko znał mnie chociaż trochę... i kto nie był mi wrogi.
Dlatego też kiedy kładłam się spać tego wieczoru, uśmiechałam się do siebie. Może ten dzień wcale nie był taki zły...


czwartek, 20 kwietnia 2017

Prolog



Wspom­nienia og­rze­wają człowieka od środ­ka. Ale jed­nocześnie siekają go gwałtow­nie na kawałki. 
- Haruki Murakami



Dobrze pamiętam ten dzień. Śmieję się za każdym razem, kiedy go wspominam: to zdumienie w oczach matki, złość w głosie ojca... oboje chyba myśleli, że robię sobie żarty. Chociaż sama przyznam, że wówczas i ja nie byłam pewna, czy ktoś nie zrobił mi mało śmiesznego dowcipu. Sowy! Pieczęcie rodem ze średniowiecza! I te wykaligrafowane inkaustem litery... wszystko to zdawało się być zupełnie nieprawdziwe.

A jednak – po pewnym czasie pojawiła się kobieta ubrana tak dziwacznie, że można było ją wziąć albo za wariatkę, albo za prawdziwą czarownicę. Pamiętam, że zamknęła się na dłuższy czas z rodzicami w pokoju, aż wreszcie oni, całkiem bladzi, pozwolili mi odejść wraz z nieznajomą, która opowiedziała mi o świecie, o którym nigdy nie marzyłam. Znaczy... marzyłam. Oczywiście, że tak. Ale ten, o którym wówczas usłyszałam, był po tysiąckroć piękniejszy od tego, który sobie wyobrażałam.

Opowiadała mi również o szkole, do której miałam się udać. Tak, tak: wszystko zaczęło się od listu przyniesionego przez sowę, opieczętowanego, opatrzonego podpisem z zakrętasami. I od tej dziwacznej damy. A później? Później wszystko się potoczyło. Szybciej niż mogłam się spodziewać. Bo nim się zorientowałam, znalazłam się na ulicy zwanej Pokątną, a następnie – z kufrem pełnym ksiąg z zaklęciami, ingrediencji do eliksirów i zwojów pergaminu – w nowiutkiej, czarnej szacie siedziałam w jednym z przedziałów przepięknego, czerwonego Ekspresu Hogwart.

To tam dowiedziałam się o tym, o czym czarownica nie zdążyła mi opowiedzieć: o domach, Ceremonii Przydziału i całej reszcie. Co prawda, wówczas jeszcze nie rozumiałam tego przezwiska, którym mnie obdarzono, kiedy wyznałam, że moi rodzice nie wierzą w magię, ale już wtedy zdawałam sobie sprawę, że nie będę chciała uczęszczać na zajęcia ze znajomymi z pociągu.

Do tej pory pamiętam, jakim zachwytem napełnił mnie widok szkoły, w której odtąd miałam mieszkać. Owszem, tęskniłam za rodzicami. Wiedziałam, że będę za nimi tęsknić... ale jednocześnie byłam tak zafascynowana, że nie chciałam wracać do życia, które prowadziłam przedtem. Już wówczas zdawałam sobie sprawę z tego, że otwarte zostały przede mną drzwi: i miałam zamiar skorzystać z tej szansy.

Tej nocy, pomimo zmęczenia, nie byłam w stanie zasnąć z ekscytacji. Przez następne siedem lat podobne noce zdarzały się bardzo często. Oczywiście, nie zawsze było to spowodowane radością – czasami po prostu uczyłam się do egzaminów lub też robiłam różne inne – dozwolone czy też nie – rzeczy.

Ale dzisiejszą noc przespałam jak niemowlę, chociaż po raz kolejny powróciłam do tego zamku, by zacząć od nowa.

Nazywam się Aubrianna Darcie Shirley. Niegdyś byłam Krukonką. A dzisiaj zaczynam swoje życie jako nauczycielka w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.