sobota, 29 kwietnia 2017

Początek

Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.

- Antoine de Saint-Exupéry

Mówiono, że profesor Dumbledore nie zatrudniał młodych nauczycieli z obawy przed ich brakiem doświadczenia. Podejrzewam, że miał jakiś powód, by w ten sposób się zachowywać. I przyznam, że strata osoby tak wybitnej była dla świata czarodziejów (zresztą nie tylko) ogromnym ciosem. Pamiętam, że sama przepłakałam co najmniej tydzień po tych strasznych wydarzeniach...
Tak, tak, pamiętałam wszystko wspaniale. Sama byłam w trzeciej klasie, kiedy to się wydarzyło. Wiedziałam, że czekają nas niespokojne czasy, chociaż wszyscy starsi uczniowie starali się nas uspokoić. Byłam im wdzięczna za to wsparcie, bo byli dla nas niczym starsze rodzeństwo... ale traktowali nas chyba trochę po zbyt dziecinnemu. Mieliśmy po trzynaście lat – a nie trzy – i rozumieliśmy już doskonale, czym była śmierć. Przecież niejeden z nas już przeżył stratę kogoś bliskiego.
Ale nie o tym miałam przecież teraz mówić.
Mówiono, że profesor Dumbledore nie zatrudniał młodych nauczycieli – a pomimo faktu, że jego śmierć była dla nas okrutną stratą, otwarła mi ona drzwi do kariery, która za jego kadencji nie byłaby dla mnie możliwa.
Kiedy zaczynałam pracę w Hogwarcie, miałam zaledwie dwadzieścia lat. Szkołę ukończyłam przed dwoma latami i moi rodzice byli przekonani, że rozpocznę jakąś pracę w świecie mugoli. Albo też że będę kontynuować naukę wśród innych młodych mugoli. Pewnie powinnam była to zrobić – z całą pewnością byłoby to mniej niebezpieczne niźli pozostawanie w świecie czarodziejów...
Ale ja nie mogłam – czy też nie chciałam – odcinać się od świata, który przez ostatnie lata był dla mnie domem. O wiele łatwiej żyło mi się teraz wśród ludzi magicznych niż niemagicznych. Nie chciałam pracować w banku czy biurowcu. A jednak, pomimo wszystkich tych ulotek, które otrzymałam w piątej klasie, by się z nimi zapoznać, wciąż jeszcze nie wiedziałam, co chcę robić.
Przez ostatnie lata w Hogwarcie uczyłam się naprawdę sporo... ale to też dlatego, że wybrałam naprawdę wiele przedmiotów do owutemów. Nauczyciele ostrzegali mnie, że będzie to trudne... że może się to okazać niepotrzebne... no i po szkole, pomimo swoich stopni, pozostałam jak ta piętnastolatka w wieży Krukonów, zapatrzona w cudnie kolorowe, ruchome broszurki, a wciąż niewiedząca, co zrobić.
Pomysł, by zostać nauczycielką, wziął się właściwie znikąd. Już zaczęłam swoją pracę w osiedlowym sklepiku, starając się powrócić do normalności życia mugoli... trudno było mi się do tego przyzwyczaić. Nie mogłam używać magii i tyle rzeczy, które do tej pory byłyby dla mnie łatwizną, okazały się być trudne. Chociażby rozkładanie towaru na półkach. A przecież wystarczyłby jeden ruch nadgarstka...!
Wytrzymałam tam rok. Następnie była biblioteka i kwiaciarnia. Wreszcie zdecydowałam, że muszę wrócić do swoich... do czarodziejów. Nie wytrzymywałam w świecie, który niegdyś był dla mnie czymś zupełnie normalnym.
Pierwszym miejscem, o którym pomyślałam, był właśnie Hogwart. Mój dom. Bo nawet miejsce, w którym mieszkałam z rodzicami, nie był prawdziwie domem. Jedynie ta szkoła dawała mi poczucie bezpieczeństwa i miłość, której pragnęłam. I chyba wówczas zrodziło się we mnie pragnienie powrotu do tych cudnych korytarzy, do tajemnych przejść, do zbroi i ukrytych stopni-pułapek...
Nie mam pojęcia, co podkusiło mnie do tego, by chwycić za papier i napisać ten list. Nauczyciele mnie pamiętali jeszcze z czasów mojego bycia uczennicą, toteż nie musiałam się obawiać, że ktokolwiek będzie się obawiał przyjąć nieznajomą. Dołączyłam jednak swoją listę ze stopniami z owutemów, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak ktoś miał się tego bać... i myśląc, że lepiej spróbować, niż żałować, pozwoliłam sowie wziąć liścik w dzióbek i wylecieć przez otwarte okno w ciemności nocy.
Odpowiedź dostałam parę dni później, opatrzoną tym samym podpisem z zakrętasami, który niegdyś, przed laty, zapraszał mnie do szkoły w Hogwarcie. Poczułam to samo, co wówczas, podniecenie... Pamiętam, że śmiałam się wtedy jak wariatka. Ja, Darcie Shirley, dostałam tę posadę! Profesor McGonagall zapraszała mnie jeszcze na rozmowę... ale wedle tego, co napisała w liście, bardzo potrzebowali świeżej kadry...
Serce biło mi jak szalone. Niewiele myśląc, pozbierałam swoje rzeczy i pożegnawszy rodziców, wyszłam z domu, by po chwili już siedzieć w Błędnym Rycerzu, zaciskając palce na torebce.
Zastanawiałam się, kogo tam zastanę. Wiedziałam, że część z profesorów, którzy mnie uczyli, pozostała, ale część odeszła ze względu na wiek czy też zły stan zdrowia. Z tego, co wiedziałam, Neville Longbottom, który był parę lat starszy ode mnie, a który chodził do jednej klasy z Harrym Potterem, otrzymał posadę nauczyciela zielarstwa. Profesor McGonagall nadal wykładała transmutację, a wakat mistrza eliksirów po odejściu profesora Slughorna zajął inny jakiś uczeń, który ukończył szkołę, kiedy ja byłam w drugiej czy trzeciej klasie.
Odnosiłam wrażenie, że Hogwart będzie całkiem nowym miejscem. Innym, niż to, które znałam... a jednak był moim domem. Mimo wszystko. I z tym samym podnieceniem, z którym wracałam do szkoły po wakacjach, teraz jechałam na spotkanie z panią dyrektor.
Nie wiem, co czułam, kiedy dowiedziałam się, kim mam zostać. Szczęście? Na pewno. Wiedziałam, że wróciłam do domu. I to na stałe. A to przecież nie było takie pewne jeszcze dwa lata temu... z drugiej jednak strony – czy nie liczyłam na coś więcej niźli na to, że przyjdzie mi wykładać historię magii? Sama pamiętałam, że wszyscy nienawidzili godziny spędzone z Binnsem w dusznej sali...
A jednak kiedy opuszczałam gabinet dyrektora, czułam motywację, jak wtedy, kiedy przygotowywałam się do egzaminów. Coraz częściej łapałam się na tym, że układam sobie w głowie lekcje... że zastanawiam się nad tym, jak sprawić, by zajęcia, które do tej pory kojarzyły się z nudą, teraz były czymś, na co studenci ruszają z ochotą... o czym mówią na korytarzach, poza zajęciami...
Nazwijcie mnie głupią i naiwną, ale naprawdę na to liczyłam.
I nawet teraz, szykując się do pierwszych zajęć, czułam, że może jednak mi się uda.
Zabawny był fakt, że stojąc za katedrą, miałam niewiele więcej lat od nich. Doskonale pamiętałam, jak sama siedziałam na ich miejscach... ta sala wydawała się być wówczas taka niewielka, taka ciasna... teraz zaś, z tej perspektywy, z której patrzałam na nią jako nauczycielka, była ogromna. A liczba ludzi w niej zgromadzonych odbierała mi dech w piersiach.
Tak. Miałam teraz zacząć mówić do tej niezliczonej rzeszy piętnastolatków. Przerażało mnie to nie lada...
– Dzień dobry – odezwałam się wreszcie, a mój własny głos był dziwnie obcy w moich ustach. Jakiś taki... piskliwy. – Nazywam się Aubrianna Shirley i od dzisiaj będę waszą nauczycielką historii magii.
Usłyszałam parsknięcie śmiechu. Wiedziałam, że idzie o moje imię; to właśnie z tego względu częściej używałam swojego drugiego... lecz mimo wszystko nazywałam się Aubrianna. Wychodziłam zresztą z założenia, że dla uczniów pozostanę profesor Shirley.
A jednak zabolało.
– Co jest takie zabawne? – spytałam, mam nadzieję, że nie nazbyt zjadliwym tonem, rozglądając się po sali w poszukiwaniu tego wesołka. Spostrzegłam go – siedział w rogu, a na jego piersi widniało godło Slytherinu. A więc Ślizgon... nic się tu nie zmieniło, pomimo że kadra była tak różna od tej, którą pamiętałam.
Wzięłam głęboki wdech i zwęziłam oczy. Odłożyłam na wszelki wypadek różdżkę i podeszłam do chłopca i spojrzałam na niego z góry.
Ha! Chłopca! Ów chłopiec był zaledwie parę lat młodszy ode mnie, a wyglądało na to, że wyższy... Nie zamierzałam jednak dać się zbić z tropu, nawet kiedy wstał na moje polecenie – i teraz to on patrzał na mnie z góry.
– Twoje imię?
– Marcus... Marcus Stillwater – przedstawił się dość bezczelnym, aroganckim tonem, który tak często słyszałam w głosach innych Ślizgonów.
Zacisnęłam pięści, by się uspokoić. Udało mi się na tyle, że kiedy znowu się odezwałam, mój głos brzmiał tak, jak brzmieć powinien.
– A więc... panie Stillwater... cóż takiego pana tak rozśmieszyło?
Nie mam pojęcia, ile to trwało. Ale cała lekcja, pomimo faktu, iż trwała jedynie godzinę, zdawała się być wiecznością. Kiedy grupa wreszcie opuściła salę, usiadłam ciężko na krześle i skryłam twarz w dłoniach.
Miałam wrażenie, że teraz mój plan zostania nauczycielką, która potrafiła z zajęć, które pozornie wydawały się być nudne, runął w gruzach. Zostałam najnieprzyjemniejszą belferką z wszystkich... widziałam to w oczach uczniów, kiery na mnie spoglądali. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, by wymyślili dla mnie jakieś nieprzyjemne przezwisko.
Jak wówczas... pamiętam, że mieliśmy zielarstwo ze Ślizgonami. Jeden z nich wyjątkowo uwziął się na mnie, a to z powodu mojego imienia i wyglądu. Czasami śmiał się, że pewno jestem jedną z Weasleyów... bo przecież byłam ruda, miałam zielone oczy i twarz obsypaną piegami. Z tą różnicą, że nie miałam długiego nosa i z całą pewnością byłam niższa od całego rodzeństwa, które uczyło się w Hogwarcie za moich czasów.
I podczas kiedy nazywanie mnie Weasleyem nie było nieprzyjemne, bardzo niemiły był fakt, iż co chwila obdarzano mnie innym jeszcze mianem. Czy to wiewiórką, czy marchewką. Zawsze chciałam zmienić w sobie swój wygląd, ale pomimo moich usilnych starań i nauki, nigdy nie udało mi się opanować tej gałęzi transmutacji wystarczająco dobrze.
Szum wchodzących uczniów wyrwał mnie z mojego zamyślenia z powrotem do prawdziwego życia. Wierzchem dłoni otarłam łzy z oczu i z ulgą uświadomiłam sobie, że teraz czeka mnie godzina zajęć z pierwszorocznymi.
A jednak mimo wszystko cały dzień był dłuższy niż jakikolwiek inny.
Byłam fizycznie zmęczona, kiedy skierowałam się do Wielkiej Sali na obiad. Nawet nie zastanawiałam się nad tym, jak mnie przyjmie grono pedagogiczne... bo przecież poprzedniego wieczoru, podczas uczty powitalnej, nie było zbyt wiele czasu na to, by porozmawiać. Teraz jednak musiałam się przyzwyczaić do nowego życia tutaj.
Nauczyciele, którzy wraz ze mną tu pracowali, byli teraz dla mnie rodziną – jak za moich uczniowskich czasów reszta Krukonów. Tyle że tym razem zróżnicowanie naszego wieku było o wiele większe... i miałam wrażenie, że nikt mi tu nie ufa. Tylko Neville posłał do mnie niepewny uśmiech, a ja go odwzajemniłam. Był mi chyba najbliższy wiekiem i zdaje się, że za czasów szkolnych wymieniliśmy parę zdań. Ot, taka niezobowiązująca znajomość.
Kiedy ruszyłam do swojego pokoju, poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Zdziwiłam się i odwróciłam, by sprawdzić, kto to, ale był to właśnie Neville.
– Nie martw się – powiedział dość pogodnym tonem. – Oni nie są tacy źli.
Uśmiechnęłam się lekko i skinęłam głową. Ta gula w gardle, która przeszkadzała mi już od pierwszych zajęć dzisiaj, gdzieś znikła. Odetchnęłam głęboko.
– Darcie Shirley – przedstawiłam się, decydując się nie wspominać o swoim pierwszym imieniu. A już na pewno nie po tym, co stało się dzisiaj na pierwszej lekcji. Nie miałam ochoty na kolejny wybuch śmiechu.
– Wiem – odparł, a jego twarz rozpromieniła się bardziej jeszcze. – Jeszcze w szkole z tobą rozmawiałem... pamiętasz? Byłaś w pierwszej klasie... wpadłaś w ten stopień-pułapkę pomiędzy piątym a szóstym piętrem... zawsze o nim zapominam. Wyciągnąłem cię.
Zaśmiałam się szczerze. Miał rację! Teraz, kiedy mi o tym przypomniał, uświadomiłam sobie, że coś podobnego rzeczywiście miało kiedyś miejsce. I miło było wiedzieć, że wśród tych ludzi był ktoś, kto mimo wszystko znał mnie chociaż trochę... i kto nie był mi wrogi.
Dlatego też kiedy kładłam się spać tego wieczoru, uśmiechałam się do siebie. Może ten dzień wcale nie był taki zły...


czwartek, 20 kwietnia 2017

Prolog



Wspom­nienia og­rze­wają człowieka od środ­ka. Ale jed­nocześnie siekają go gwałtow­nie na kawałki. 
- Haruki Murakami



Dobrze pamiętam ten dzień. Śmieję się za każdym razem, kiedy go wspominam: to zdumienie w oczach matki, złość w głosie ojca... oboje chyba myśleli, że robię sobie żarty. Chociaż sama przyznam, że wówczas i ja nie byłam pewna, czy ktoś nie zrobił mi mało śmiesznego dowcipu. Sowy! Pieczęcie rodem ze średniowiecza! I te wykaligrafowane inkaustem litery... wszystko to zdawało się być zupełnie nieprawdziwe.

A jednak – po pewnym czasie pojawiła się kobieta ubrana tak dziwacznie, że można było ją wziąć albo za wariatkę, albo za prawdziwą czarownicę. Pamiętam, że zamknęła się na dłuższy czas z rodzicami w pokoju, aż wreszcie oni, całkiem bladzi, pozwolili mi odejść wraz z nieznajomą, która opowiedziała mi o świecie, o którym nigdy nie marzyłam. Znaczy... marzyłam. Oczywiście, że tak. Ale ten, o którym wówczas usłyszałam, był po tysiąckroć piękniejszy od tego, który sobie wyobrażałam.

Opowiadała mi również o szkole, do której miałam się udać. Tak, tak: wszystko zaczęło się od listu przyniesionego przez sowę, opieczętowanego, opatrzonego podpisem z zakrętasami. I od tej dziwacznej damy. A później? Później wszystko się potoczyło. Szybciej niż mogłam się spodziewać. Bo nim się zorientowałam, znalazłam się na ulicy zwanej Pokątną, a następnie – z kufrem pełnym ksiąg z zaklęciami, ingrediencji do eliksirów i zwojów pergaminu – w nowiutkiej, czarnej szacie siedziałam w jednym z przedziałów przepięknego, czerwonego Ekspresu Hogwart.

To tam dowiedziałam się o tym, o czym czarownica nie zdążyła mi opowiedzieć: o domach, Ceremonii Przydziału i całej reszcie. Co prawda, wówczas jeszcze nie rozumiałam tego przezwiska, którym mnie obdarzono, kiedy wyznałam, że moi rodzice nie wierzą w magię, ale już wtedy zdawałam sobie sprawę, że nie będę chciała uczęszczać na zajęcia ze znajomymi z pociągu.

Do tej pory pamiętam, jakim zachwytem napełnił mnie widok szkoły, w której odtąd miałam mieszkać. Owszem, tęskniłam za rodzicami. Wiedziałam, że będę za nimi tęsknić... ale jednocześnie byłam tak zafascynowana, że nie chciałam wracać do życia, które prowadziłam przedtem. Już wówczas zdawałam sobie sprawę z tego, że otwarte zostały przede mną drzwi: i miałam zamiar skorzystać z tej szansy.

Tej nocy, pomimo zmęczenia, nie byłam w stanie zasnąć z ekscytacji. Przez następne siedem lat podobne noce zdarzały się bardzo często. Oczywiście, nie zawsze było to spowodowane radością – czasami po prostu uczyłam się do egzaminów lub też robiłam różne inne – dozwolone czy też nie – rzeczy.

Ale dzisiejszą noc przespałam jak niemowlę, chociaż po raz kolejny powróciłam do tego zamku, by zacząć od nowa.

Nazywam się Aubrianna Darcie Shirley. Niegdyś byłam Krukonką. A dzisiaj zaczynam swoje życie jako nauczycielka w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.