Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.
- Antoine de Saint-Exupéry
Mówiono,
że profesor Dumbledore nie zatrudniał młodych nauczycieli z obawy
przed ich brakiem doświadczenia. Podejrzewam, że miał jakiś
powód, by w ten sposób się zachowywać. I przyznam, że strata
osoby tak wybitnej była dla świata czarodziejów (zresztą nie
tylko) ogromnym ciosem. Pamiętam, że sama przepłakałam co
najmniej tydzień po tych strasznych wydarzeniach...
Tak,
tak, pamiętałam wszystko wspaniale. Sama byłam w trzeciej klasie,
kiedy to się wydarzyło. Wiedziałam, że czekają nas niespokojne
czasy, chociaż wszyscy starsi uczniowie starali się nas uspokoić.
Byłam im wdzięczna za to wsparcie, bo byli dla nas niczym starsze
rodzeństwo... ale traktowali nas chyba trochę po zbyt dziecinnemu.
Mieliśmy po trzynaście lat – a nie trzy – i rozumieliśmy już
doskonale, czym była śmierć. Przecież niejeden z nas już przeżył
stratę kogoś bliskiego.
Ale
nie o tym miałam przecież teraz mówić.
Mówiono,
że profesor Dumbledore nie zatrudniał młodych nauczycieli – a
pomimo faktu, że jego śmierć była dla nas okrutną stratą,
otwarła mi ona drzwi do kariery, która za jego kadencji nie byłaby
dla mnie możliwa.
Kiedy
zaczynałam pracę w Hogwarcie, miałam zaledwie dwadzieścia lat.
Szkołę ukończyłam przed dwoma latami i moi rodzice byli
przekonani, że rozpocznę jakąś pracę w świecie mugoli. Albo też
że będę kontynuować naukę wśród innych młodych mugoli. Pewnie
powinnam była to zrobić – z całą pewnością byłoby to mniej
niebezpieczne niźli pozostawanie w świecie czarodziejów...
Ale
ja nie mogłam – czy też nie chciałam – odcinać się od
świata, który przez ostatnie lata był dla mnie domem. O wiele
łatwiej żyło mi się teraz wśród ludzi magicznych niż
niemagicznych. Nie chciałam pracować w banku czy biurowcu. A
jednak, pomimo wszystkich tych ulotek, które otrzymałam w piątej
klasie, by się z nimi zapoznać, wciąż jeszcze nie wiedziałam, co
chcę robić.
Przez
ostatnie lata w Hogwarcie uczyłam się naprawdę sporo... ale to też
dlatego, że wybrałam naprawdę wiele przedmiotów do owutemów.
Nauczyciele ostrzegali mnie, że będzie to trudne... że może się
to okazać niepotrzebne... no i po szkole, pomimo swoich stopni,
pozostałam jak ta piętnastolatka w wieży Krukonów, zapatrzona w
cudnie kolorowe, ruchome broszurki, a wciąż niewiedząca, co
zrobić.
Pomysł,
by zostać nauczycielką, wziął się właściwie znikąd. Już
zaczęłam swoją pracę w osiedlowym sklepiku, starając się
powrócić do normalności życia mugoli... trudno było mi się do
tego przyzwyczaić. Nie mogłam używać magii i tyle rzeczy, które
do tej pory byłyby dla mnie łatwizną, okazały się być trudne.
Chociażby rozkładanie towaru na półkach. A przecież wystarczyłby
jeden ruch nadgarstka...!
Wytrzymałam
tam rok. Następnie była biblioteka i kwiaciarnia. Wreszcie
zdecydowałam, że muszę wrócić do swoich... do czarodziejów. Nie
wytrzymywałam w świecie, który niegdyś był dla mnie czymś
zupełnie normalnym.
Pierwszym
miejscem, o którym pomyślałam, był właśnie Hogwart. Mój dom.
Bo nawet miejsce, w którym mieszkałam z rodzicami, nie był
prawdziwie domem. Jedynie ta szkoła dawała mi poczucie
bezpieczeństwa i miłość, której pragnęłam. I chyba wówczas
zrodziło się we mnie pragnienie powrotu do tych cudnych korytarzy,
do tajemnych przejść, do zbroi i ukrytych stopni-pułapek...
Nie
mam pojęcia, co podkusiło mnie do tego, by chwycić za papier i
napisać ten list. Nauczyciele mnie pamiętali jeszcze z czasów
mojego bycia uczennicą, toteż nie musiałam się obawiać, że
ktokolwiek będzie się obawiał przyjąć nieznajomą. Dołączyłam
jednak swoją listę ze stopniami z owutemów, tak na wszelki
wypadek, gdyby jednak ktoś miał się tego bać... i myśląc, że
lepiej spróbować, niż żałować, pozwoliłam sowie wziąć liścik
w dzióbek i wylecieć przez otwarte okno w ciemności nocy.
Odpowiedź
dostałam parę dni później, opatrzoną tym samym podpisem z
zakrętasami, który niegdyś, przed laty, zapraszał mnie do szkoły
w Hogwarcie. Poczułam to samo, co wówczas, podniecenie... Pamiętam,
że śmiałam się wtedy jak wariatka. Ja, Darcie Shirley, dostałam
tę posadę! Profesor McGonagall zapraszała mnie jeszcze na
rozmowę... ale wedle tego, co napisała w liście, bardzo
potrzebowali świeżej kadry...
Serce
biło mi jak szalone. Niewiele myśląc, pozbierałam swoje rzeczy i
pożegnawszy rodziców, wyszłam z domu, by po chwili już siedzieć
w Błędnym Rycerzu, zaciskając palce na torebce.
Zastanawiałam
się, kogo tam zastanę. Wiedziałam, że część z profesorów,
którzy mnie uczyli, pozostała, ale część odeszła ze względu na
wiek czy też zły stan zdrowia. Z tego, co wiedziałam, Neville
Longbottom, który był parę lat starszy ode mnie, a który chodził
do jednej klasy z Harrym Potterem, otrzymał posadę nauczyciela
zielarstwa. Profesor McGonagall nadal wykładała transmutację, a
wakat mistrza eliksirów po odejściu profesora Slughorna zajął
inny jakiś uczeń, który ukończył szkołę, kiedy ja byłam w
drugiej czy trzeciej klasie.
Odnosiłam
wrażenie, że Hogwart będzie całkiem nowym miejscem. Innym, niż
to, które znałam... a jednak był moim domem. Mimo wszystko. I z
tym samym podnieceniem, z którym wracałam do szkoły po wakacjach,
teraz jechałam na spotkanie z panią dyrektor.
Nie
wiem, co czułam, kiedy dowiedziałam się, kim mam zostać.
Szczęście? Na pewno. Wiedziałam, że wróciłam do domu. I to na
stałe. A to przecież nie było takie pewne jeszcze dwa lata temu...
z drugiej jednak strony – czy nie liczyłam na coś więcej niźli
na to, że przyjdzie mi wykładać historię magii? Sama pamiętałam,
że wszyscy nienawidzili godziny spędzone z Binnsem w dusznej
sali...
A
jednak kiedy opuszczałam gabinet dyrektora, czułam motywację, jak
wtedy, kiedy przygotowywałam się do egzaminów. Coraz częściej
łapałam się na tym, że układam sobie w głowie lekcje... że
zastanawiam się nad tym, jak sprawić, by zajęcia, które do tej
pory kojarzyły się z nudą, teraz były czymś, na co studenci
ruszają z ochotą... o czym mówią na korytarzach, poza
zajęciami...
Nazwijcie
mnie głupią i naiwną, ale naprawdę na to liczyłam.
I
nawet teraz, szykując się do pierwszych zajęć, czułam, że może
jednak mi się uda.
Zabawny
był fakt, że stojąc za katedrą, miałam niewiele więcej lat od
nich. Doskonale pamiętałam, jak sama siedziałam na ich
miejscach... ta sala wydawała się być wówczas taka niewielka,
taka ciasna... teraz zaś, z tej perspektywy, z której patrzałam na
nią jako nauczycielka, była ogromna. A liczba ludzi w niej
zgromadzonych odbierała mi dech w piersiach.
Tak.
Miałam teraz zacząć mówić do tej niezliczonej rzeszy
piętnastolatków. Przerażało mnie to nie lada...
–
Dzień dobry – odezwałam się wreszcie, a mój własny głos był
dziwnie obcy w moich ustach. Jakiś taki... piskliwy. – Nazywam się
Aubrianna Shirley i od dzisiaj będę waszą nauczycielką historii
magii.
Usłyszałam
parsknięcie śmiechu. Wiedziałam, że idzie o moje imię; to
właśnie z tego względu częściej używałam swojego drugiego...
lecz mimo wszystko nazywałam się Aubrianna. Wychodziłam zresztą z
założenia, że dla uczniów pozostanę profesor Shirley.
A
jednak zabolało.
–
Co jest takie zabawne? – spytałam, mam nadzieję, że nie nazbyt
zjadliwym tonem, rozglądając się po sali w poszukiwaniu tego
wesołka. Spostrzegłam go – siedział w rogu, a na jego piersi
widniało godło Slytherinu. A więc Ślizgon... nic się tu nie
zmieniło, pomimo że kadra była tak różna od tej, którą
pamiętałam.
Wzięłam
głęboki wdech i zwęziłam oczy. Odłożyłam na wszelki wypadek
różdżkę i podeszłam do chłopca i spojrzałam na niego z góry.
Ha!
Chłopca! Ów chłopiec był zaledwie parę lat młodszy ode mnie, a
wyglądało na to, że wyższy... Nie zamierzałam jednak dać się
zbić z tropu, nawet kiedy wstał na moje polecenie – i teraz to on
patrzał na mnie z góry.
–
Twoje imię?
–
Marcus... Marcus Stillwater – przedstawił się dość bezczelnym,
aroganckim tonem, który tak często słyszałam w głosach innych
Ślizgonów.
Zacisnęłam pięści, by się uspokoić. Udało mi się na tyle, że
kiedy znowu się odezwałam, mój głos brzmiał tak, jak brzmieć
powinien.
– A
więc... panie Stillwater... cóż takiego pana tak rozśmieszyło?
Nie
mam pojęcia, ile to trwało. Ale cała lekcja, pomimo faktu, iż
trwała jedynie godzinę, zdawała się być wiecznością. Kiedy
grupa wreszcie opuściła salę, usiadłam ciężko na krześle i
skryłam twarz w dłoniach.
Miałam
wrażenie, że teraz mój plan zostania nauczycielką, która
potrafiła z zajęć, które pozornie wydawały się być nudne,
runął w gruzach. Zostałam najnieprzyjemniejszą belferką z
wszystkich... widziałam to w oczach uczniów, kiery na mnie
spoglądali. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, by wymyślili
dla mnie jakieś nieprzyjemne przezwisko.
Jak
wówczas... pamiętam, że mieliśmy zielarstwo ze Ślizgonami. Jeden
z nich wyjątkowo uwziął się na mnie, a to z powodu mojego imienia
i wyglądu. Czasami śmiał się, że pewno jestem jedną z
Weasleyów... bo przecież byłam ruda, miałam zielone oczy i twarz
obsypaną piegami. Z tą różnicą, że nie miałam długiego nosa i
z całą pewnością byłam niższa od całego rodzeństwa, które
uczyło się w Hogwarcie za moich czasów.
I
podczas kiedy nazywanie mnie Weasleyem nie było nieprzyjemne, bardzo
niemiły był fakt, iż co chwila obdarzano mnie innym jeszcze
mianem. Czy to wiewiórką, czy marchewką. Zawsze chciałam zmienić
w sobie swój wygląd, ale pomimo moich usilnych starań i nauki,
nigdy nie udało mi się opanować tej gałęzi transmutacji
wystarczająco dobrze.
Szum
wchodzących uczniów wyrwał mnie z mojego zamyślenia z powrotem do
prawdziwego życia. Wierzchem dłoni otarłam łzy z oczu i z ulgą
uświadomiłam sobie, że teraz czeka mnie godzina zajęć z
pierwszorocznymi.
A
jednak mimo wszystko cały dzień był dłuższy niż jakikolwiek
inny.
Byłam
fizycznie zmęczona, kiedy skierowałam się do Wielkiej Sali na
obiad. Nawet nie zastanawiałam się nad tym, jak mnie przyjmie grono
pedagogiczne... bo przecież poprzedniego wieczoru, podczas uczty
powitalnej, nie było zbyt wiele czasu na to, by porozmawiać. Teraz
jednak musiałam się przyzwyczaić do nowego życia tutaj.
Nauczyciele,
którzy wraz ze mną tu pracowali, byli teraz dla mnie rodziną –
jak za moich uczniowskich czasów reszta Krukonów. Tyle że tym
razem zróżnicowanie naszego wieku było o wiele większe... i
miałam wrażenie, że nikt mi tu nie ufa. Tylko Neville posłał do
mnie niepewny uśmiech, a ja go odwzajemniłam. Był mi chyba
najbliższy wiekiem i zdaje się, że za czasów szkolnych
wymieniliśmy parę zdań. Ot, taka niezobowiązująca znajomość.
Kiedy
ruszyłam do swojego pokoju, poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
Zdziwiłam się i odwróciłam, by sprawdzić, kto to, ale był to
właśnie Neville.
–
Nie martw się – powiedział dość pogodnym tonem. – Oni nie są
tacy źli.
Uśmiechnęłam
się lekko i skinęłam głową. Ta gula w gardle, która
przeszkadzała mi już od pierwszych zajęć dzisiaj, gdzieś znikła.
Odetchnęłam głęboko.
–
Darcie Shirley – przedstawiłam się, decydując się nie wspominać
o swoim pierwszym imieniu. A już na pewno nie po tym, co stało się
dzisiaj na pierwszej lekcji. Nie miałam ochoty na kolejny wybuch
śmiechu.
–
Wiem – odparł, a jego twarz rozpromieniła się bardziej jeszcze.
– Jeszcze w szkole z tobą rozmawiałem... pamiętasz? Byłaś w
pierwszej klasie... wpadłaś w ten stopień-pułapkę pomiędzy
piątym a szóstym piętrem... zawsze o nim zapominam. Wyciągnąłem
cię.
Zaśmiałam
się szczerze. Miał rację! Teraz, kiedy mi o tym przypomniał,
uświadomiłam sobie, że coś podobnego rzeczywiście miało kiedyś
miejsce. I miło było wiedzieć, że wśród tych ludzi był ktoś,
kto mimo wszystko znał mnie chociaż trochę... i kto nie był mi
wrogi.
Dlatego
też kiedy kładłam się spać tego wieczoru, uśmiechałam się do
siebie. Może ten dzień wcale nie był taki zły...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz